The Great Escape

Cholera, tryliard mysli na godzine i ze dwa razy tyle obrazow. Wszystko z powodu jednej zmiany polozenia geograficznego. Nie wiem co tu teraz napisac, 6847km, Siet, ale dziwnie, moze to normalne przed takim wyjazdem, nie mam pojecia wsumie.

Najlepsza metoda na odreagowanie dla mnie to oczywiscie wziecie aparatu do reki, wiec przez ostatnie 4 dni odreagowywalem sobie robiac zdjecia, na takie 4 dni jak te ostatnie, totalnie zmienia mi sie we łbie, zapominam o bozym swiecie, wylaczam to szare szumiace pudlo pod biurkiem, pakuje sprzet, normalnie jak Leon zawodowiec, tylko ze ja zamiast okularow i czapki to szalik pod same oczy, no ale wracajac, pobudka rano, jako ze sypiam w dosc popieprzonych godzinach, przypomina budzenie trupa elektrodami, chlust wody w lazience by sprawdzic czy mi sie nie sni, a mocna czarna z cukrem juz calkowicie stawia na nogi i lece, wsiadam w busa na drugi koniec miasta, gdzie niecnie swe zdjecia przygotowuje, czyli do studia. Potem chwila czilautu przy nastepnej kawie, skakanie po kanalach, przygotowanie i omowienie stylizacji na caly dzien, czasem bez omowienia, nastepnie obczajka nowych magazynow, nowych bookow, printow, muzycznego pakietu cyfry plus, ( pussycat dolls :love: ) and so on, pozniej caly dzien naciskania migawki i biegania. Wieczorem z kolei, scinajace z nog i prosto do wyra kladace, zajebiste zarcie przygotowane przez mistrza Fokiego i lekkie trunki na zrelaksowanie as well. Wracam potem do domu totalnie wytyrany, jak po jakims maratonie, wytyrany ale zadowolony. I tak pare dni, damn, czasem mam wrazenie ze mam najlepsza robote na swiecie.


Ostatni dzien, jako ze Szczecin przeciez lezy nad morzem, bujnelismy sie z ekipa do Miedzyzdroji, 3 dni hartowania sie na swiezym powietrzu w minusowych temperaturach na tyle nas znieczulily na pogode ze morze okazalo sie wcale niestraszne. Bylo wrecz dosyc cieplo, nie urywalo glowy, moze troche przesyt tlenu w plucach dal sie we znaki ale ogolnie warunki byly swietne. Dziewczyny byly innego zdania.

Tak czy siak, w piatek troche po godzinie 9wiatej wsiadam w samolot, potem troche przed 13stą wsiadam w drugi, a potem przez 10 godzin, bede sie gapil w przesuwajacy sie na mapie, wielki maly samolocik. Pisze to bo kurcze znowu wszystko zaczynac bede od nowa, drugi raz w tym roku akademickim zaczynac bede rok akademicki, znowu szukac kontaktow, znowu sie gdzies wbijac, znowu sie przyzwyczajac, sa jednak elementy pocieszajace, wkoncu gdzies osiade na dluzej z mysla ze wkoncu jestem w domu, wroce z aparatem na ulice od ktorych wszystko sie dla mnie zaczelo, no i na ulicach tych, mam tez zajebiscie podwyzszona szanse spotkania Sashy :badteeth: W tym momencie jednak, to nadal nie wiem za co sie zabrac, powinienem sie chyba spakować or samtyn lajk det, ale jakos jeszcze mi sie to nie udalo i jak zwykle bedzie na ostatnia chwile, spoko mam jeszcze 2 dni.

P.s: Zajebiscie czilautujaco spisala sie ostatnio kompilacja “City: Music Cocktail”, wydania od vol 1do3. Miło sie foci, polecam. Nowa plyta Timberlejka tez daje rade :rotfl: a jak nie to sepultura i nie ma niczego.
P.s 2: Nastepna notka juz z drugiej polkooli. Cheers.
Takie o wegetacji.
Przy robieniu herbaty o 2giej nad ranem przestawiajac sie na GMT -6

P.s - w mindfields znalazly sie 3 nowe spoko folia.
2007
Był Kraków, była “pod” Łódz, była 4 dniowa niewydolność żołądka. Było kurde zajebiście, wyjatkowo. Bardziej, niż zwykle. 2007.























Aha, dodałem nowe foty na strone.